To nie jest zwykły konflikt. To nie jest „spór w radzie”. To historia o tym, co dzieje się, gdy młodzi ludzie próbują mówić otwarcie — a zamiast dialogu spotykają się z presją.
Młodzieżowa Rada Miasta Giżycka miała być miejscem współpracy. Miejscem, gdzie młodzi ludzie uczą się demokracji w praktyce.
Zamiast tego coraz częściej pojawiały się napięcia, konflikty i sytuacje, które trudno nazwać inaczej niż niedopuszczalne.
Jedna z młodzieżowych radnych została publicznie skrzyczana. Dla wielu osób był to moment, który zmienił wszystko.
Od tego czasu każda próba dyskusji zaczęła spotykać się z nerwową reakcją. Zamiast rozmowy — podniesiony ton. Zamiast dialogu — napięcie.
Pojawiły się także sytuacje, w których młodzi radni byli straszeni pozwami do sądu.
Kulminacją było spotkanie, podczas którego padły słowa, które nie powinny paść wobec ludzi działających społecznie:
Wskazywano konkretne osoby. Oceniano je. Atakowano.
Spotkanie zostało nagrane. Nagranie pokazuje dokładnie to, co się wydarzyło.
Zostało odtworzone podczas jawnej sesji. Bo mieszkańcy mają prawo wiedzieć.
Nie było wyjaśnień. Nie było refleksji. Nie było przeprosin.
Zamiast tego pojawiło się zgłoszenie na policję.
Osoba, która pokazała prawdę, została wezwana do tłumaczenia się.
9 kwietnia złożyliśmy formalny wniosek. Opisaliśmy w nim wszystkie sytuacje.
Bo jeśli młodzi ludzie uczą się, że za mówienie prawdy grożą konsekwencje — to znaczy, że coś poszło bardzo nie tak.
Czy chcemy miasta, w którym młodych ludzi się ucisza?
Czy w Giżycku ma obowiązywać zasada: „Tylko nie mów nikomu”?